niedziela, 30 grudnia 2012

The last time...

Dzień dobry!,

czas świąt Bożego Narodzenia minął bezpowrotnie. Spędziłam go w cudownej atmosferze, w domu, wyłączając noc 25/26 bo byłam w pracy:) W domu radość z powodu...małego pieska! Wszyscy jesteśmy nim oczarowani i kochamy go już na wieczność.

Jestem po ostatnim dyżurze nocnym:) Jeszcze jutro D i koniec mojej przygody z pierwszą pracą. Podsumowując te 4 lata - było dobrze. Poznałam pracę i wciąż chcę to robić, więc to mówi samo za siebie. Były momenty gorsze, związane z samą pracą, współpracownikami, pacjentami ale tego nie chcę pamiętać. Wolę pozostawić w pamięci chwile radosne - wdzięczność pacjentów, ciężkie, spracowane dyżury z fajnym zespołem. Np. jak wczorajszo/dzisiejszy. Nie zapomnę go chyba nigdy. Były konsultacje, OZW, była policja i transport do szpitala psychiatrycznego z Edwardem Ąckim.

W zeszłym tygodniu zmarł 31-letni pan Robert. Ciągle mam go w głowie bo przyjmowałam go na swoim dyżurze, przed Wigilią. Alkoholik, narkoman. Młody, przystojny ale strasznie zaniedbany chłopak. Rozpoznanie - HETD, marskość wątroby, śpiączka. Zaczęły się przepychanki, kto ma go leczyć - OiOM, interna, neurologia? Po podaniu flumazeniulu ocknął się trochę i po 3 dniach zabrała go interna. Długo tam nie pobył, po godzinie zmarł. Śmierć - nie tylko młodego człowieka zawsze nasuwa pytanie - czy zrobiliśmy wszystko, co trzeba było. Czy daliśmy mu szansę na zmianę stylu życia, na jakąś przyszłość. Myślę, że w porę nie otrzymał dostatecznej pomocy od systemu, może  jej nie chciał, może nie miał wsparcia w najbliższych, może...Te zagadki nie zostaną rozwiązane. Pana już nie ma.



Jutro ostatni dzień roku, kolejny zapowiada się obiecująco. Na pewno przyniesie wielkie zmiany:) Tak więc  jutro będę się żegnać i życzyć pomyślności w 2013r. A wieczorem domowo - u mnie na wsi:) z dala od fajerwerków, koncertów pod chmurką i pijanego narodu.


Pozdrawiam serdecznie, cześć!

środa, 12 grudnia 2012

"...słowa zmęczyły się..."

Dobry wieczór!,

późno na zegarze się zrobiło a  mnie jeszcze nie chce się spać. Byłam w pracy na D, więc od 5.25 jestem na nogach, dyżur też całkiem intensywny...Chyba natłok myśli i rzeczy do zrobienia w życiu nie pozwala mi zasnąć.

Atmosfera zbliżających się świąt powoli i mnie ogarnia. Biało - jest, nastrojowa muzyka - jest, kupowanie prezentów - też...grudzień w pełni:) Podarunki udało mi się ogarnąć, no może jeszcze mamie coś dokupię i będzie komplecik.

Absurdom w pracy końca brak.
Dzisiaj np. ni stąd ni zowąd, w rytmie pulsoksymetru, wjeżdża na oddział pacjent, w asyście ratownika i sanitariusza...krwawienie z przewodu pokarmowego. My oczywiście nic nie wiemy, miejsce nieprzygotowane i zaczyna się młyn, latanie. Kiedy w końcu pacjent znajduje się na wyznaczonym łóżku i chcę mu podłączyć płyny - wkłucie ma do dupy. Podstawowa rzecz, mega ważna a tu lipa. I trzeba szukać odpowiedniego miejsca, modląc się żeby pan był na tyle stabilny krążeniowo i poczekał z ewentualnym zjazdem. Udało się po kilku minutach nawet dwa założyć, ale co się człowiek nadenerwuje to jego. Nie jest to sprawa prosta w sytuacji gdy pacjent jest w hipowolemii. Można sobie pogadać a SOR i tak robi swoje, tj. słabo ogarnia.

Mielimy ostatnio pana bez twarzy...no dobra, miał twarz ale płaską i sino-fioletową i z dziurą u nasady nosa. Zgadnijcie kto go tak urządził! Własny wnuk, podczas wspólnej libacji. Pan, jak już otrzeźwiał to z przejęciem stwierdził: "Mówiłem wnuczkowi, żeby kastetu nie używał!" Masakra, jaka patologia dzieje się obok nas. Przecież mógł go zabić! Dziwne, że mózg  miał ok, "tylko" połamane kości twarzoczaszki.  Oddaliśmy go na chir. szczękową.






Wzorem lat ubiegłych zakupiłam kalendarz ścienny z płytą "Dżentelmeni 2013".  Płyta z coverami przebojów lat 70-tych. Małaszyński śpiewa Osiecką - cuuudo, Bobek - "C'est la vie" i moja ulubiona wykonywana przez Radzimira Dębskiego "Będzie tak jak jest", jego mamy:) Jak nie macie pomysłu na prezent to fajna sprawa bo nie tylko, że kogoś obdarujecie to jeszcze wspieracie działania fundacji. 

Czy są tu fani serialu "Stażyści"? :D polecam!

środa, 28 listopada 2012

Beztytuł:)

Dobry wieczór!,

pada, pada, szaro, buro. Chciałabym już trochę mrozu i słońca:) wtedy jakoś inaczej jest, prawda?



Ładnie? Jak w bajce:)


Jestem po dziennym dyżurze, 30 pacjentów, 6 zabiegów. Miałam aż 4 dni wolnego i trochę zagubiona byłam na początku. Po obchodzie już wiedziałam kto i po co się u nas znalazł. Najlepsze jest to, że znowu mam labę i do pracy idę w pon!;D

Mamy w oddziale weteranów, panów leżących gruubo ponad miesiąc. A tu stopa cukrzycowa, która moim zdaniem się nie wygoi i trzeba będzie ją amputować, a tu wyrostek, powikłany ewentracją, wymagający długiego raczej leczenia i jeszcze pan z rozsianym procesem neo, z 2 stomiami...Zawsze są tacy, prawie, że "domownicy". Zaprzyjaźniamy się w pewnym stopniu z nimi, z rodzinami. Wspieramy ich, dodajemy otuchy. Cieszymy się jednak, gdy w końcu opuszczają nasze progi.


W tv leci "Na dobre..."Już się kiedyś wypowiedziałam nt. tego i innych seriali med. Powtórzę - szkodzą, dając idylliczny obraz pięknego szpitala, gdzie najważniejszy jest jeden pacjent, leczą go szybko i z uśmiechem. Przychodzi taki Kowalski i chce się dowiedzieć na czym będzie polegał zabieg/badanie, jakie jest dalsze leczenie, jakie rokowanie...W realu mało kto zna nazwisko lekarza prowadzącego czy operatora. A diagnozy - dajmy na to o podejrzeniu nowotworu, przekazywane są w biegu, na obchodzie czy korytarzu...Czy naprawdę wymagam zbyt wiele, oczekując rozmowy na osobności, w 4 oczy, 10-15 min. w sytuacji, gdy wali się świat danego pacjenta to chyba nie wiele...Pośpiech, drugi etat, prywatny gabinet, procedura, pieniądze, czas, czas, czas...a raczej jego brak są tego przyczyną.
Ja próbuję zarejestrować mamę na MRI od miesiąca, już ścieżkę wydeptałam do rejestracji, znam wszystkie panie z okienka  i  ciągle słyszę, że nie ma zapisów na ten rok, a na przyszły "ruszą" w następny poniedziałek. Tych poniedziałków już trochę było...;p

Pracuję do końca roku, 31.12 mam dyżur dzienny. Od stycznia, przez pół roku nie będę miała styczności ze szpitalem. Kurczę, już ubolewam nad tym i nie wiem jak się z tym uporam bo przecież to moje życie jest!:) Bez nowych pacjentów, ich historii, przebiegu leczenia aż do wyleczenia. To daje mi energię i kopa. Od następnego roku będę czerpała siłę z postępów w nauce j. niemieckiego;P taa, na pewno.



Odkąd news oddziałowy o moim odejściu rozszedł się "po ludziach"(personelu oddziału) wszyscy ubolewają nad nim;) Mówią, że życzą mi jak najlepiej, że fajnie, że się zdecydowałam i odważyłam ale szkoda, że odchodzę bo taka super jestem;)  Miło to słyszeć, szkoda, że na co dzień nie mówimy sobie takich komplementów. 


Pozdrawiam!

piątek, 16 listopada 2012

Muszę być słoikiem:)

Witajcie!,

jak to zwykle w wolny, piątkowy wieczór u mnie bywa - słucham lp3, popijając coś dobrego. Tym razem jest to grzaniec.

Wróciłam z filmu "Przed Świtem" part II. Przy całym szacunku dla sagi książkowej i wcześniejszych adaptacji filmowych, ta wypadła moim zdaniem blado. Mogli część I przedłużyć i zawrzeć to, co pokazali w tym filmie.

Ten tydzień był przełomowym w moim życiu. W środę złożyłam wypowiedzenie z pracy, w czwartek podpisałam w Warszawie umowę na Szwajcarię.
Wcześniej był mecz, który przerżnęliśmy sromotnie. Po meczu ledwo zdążyłam na pociąg, który ok. 6 rano dowiózł mnie do stolicy. Powłóczyłam się po Nowym Świecie, wcześniej wzięłam prysznic na Centralnym;D Śniadanie, kawa, druga kawa, spacer i o 10 spotkanie z ludźmi, z którymi może zwiążę się jakoś na przyszłe lata.
Włócząc się po tej naszej stolicy podszedł do mnie starszy, elegancki pan, który jak zauważyłam - przyglądał mi się. I powiedział coś, co wybiło mnie z rytmu i zszokowało - "Dzień dobry pani, przepraszam ale jest pani najpiękniejszą dziewczyną, jaką widziałem w życiu." Hmm, uśmiechnęłam się, powiedziałam dziękuję i poszłam dalej;P Nie powiem, połechtał moją kobiecą próżność ale mam w domu lustro i wiem jak wyglądam:) Tym nie mniej miło usłyszeć takie słowa od kogokolwiek, a tym bardziej od mężczyzny.



Na spotkaniu ludzie różni, raczej młodzi. I tu kolejny zaskok - jak się przedstawiłam jednej pani, to mnie rozpoznała jako autorkę bloga! I potem jeszcze jedna dziewczyna ze Śląska też... Jedna z nich powiedziała, że tak mnie sobie wyobrażała...Nie wiem co miałaś na myśli ale chętnie się dowiem:)
Kurczę, apeluję do Was I. i D. o poszanowanie mojej osoby i zachowanie Waszej wiedzy o mnie dla siebie:) "Pracowe" sprawy, które tutaj poruszam - spoko, nie są tajemnicą ale wiecie, że piszę tu nie tylko o tym. Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję do zobaczenia!


W ogóle cały ten listopad jakiś taki inny dla mnie. Nie dość, że zmieniam swoje życie to jeszcze spotkałam się z 2 koleżankami, z licencjatu. Nie widziałyśmy się ze 3 lata! a miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło i gadało się nam swobodnie jak kiedyś.

Hmm, myślałam sobie ostatnio, obserwując koleżanki z pracy i w ogóle znane mi małżeństwa - jak to jest, że te głupiutkie kobiety mają spoko mężów, albo na odwrót!? Na zasadzie przeciwieństw? Nie no bez sensu, znam przecież normalne, fajne związki. Zero logiki w tym wszystkim i chyba nie jestem w stanie tego ogarnąć;) albo jak się widzi przystojniaka i dziewczynę raczej urody przeciętnej:)



W środę odwiedził nas w pracy lekarz, w którym się podkochiwałam skrycie, a który już u nas nie pracuje. Widywałam go potem w szpitalu uniwersyteckim, jak pisałam magisterkę, kiedyś nawet w jakimś pubie... Każde to spotkanie wywoływało szybsze bicie serca i to" dziwne uczucie". Teraz - jakoś bez poruszenia. To chyba też jakiś znak, że dojrzewam...albo, że staję się zimną suką. Na szczęście nie mieliśmy za bardzo czasu rozmawiać bo jego głos od początku czarował i sprawiał, że nogi się pode mną uginały.

Jutro planujemy, a raczej ja planuję jakiś melanż. Oczywiście ciężko namówić towarzystwo, mam jednak nadzieję, że dojdzie do skutku. Wcześniej trzeba jednak pójść do pracy na 12h. Zauważyłam, że odkąd podjęłam decyzję o rzuceniu jej pracuję inaczej. Oczywiście nie mniej efektywnie, po prostu mówię, co mi się nie podoba głośno, każdemu. No dobra, może nie każdemu;) ale mam kompletnie wywalone, zwłaszcza gdy jestem pewna swojej racji.

3majcie się!

piątek, 2 listopada 2012

40+ ;)

Cześć!,

jak już ciemno za oknem, a to dopiero 17! Taka pora - długie wieczory, krótkie dni, mimo to nie dopadła mnie jesienne depresja...jeszcze;) Jestem po nocnym dyżurze, nie miałam okazji być na grobach bliskich kolejny rok z rzędu. Jakoś zawsze pracuję.

W pracy, hmm...nawet spokojnie. Sinusoidalna intensywność pracy, z punktem kulminacyjnym w okolicy weekendu...poprzednio 4 zgony się nam przydarzyły! To sporo jak na nasz oddział.




Pan Z. 

Trafił do nas z rozpoznaniem krwawienia z przewodu pokarmowego, którego de facto nie było. Pan po prostu zaniedbany, niedożywiony, odbiałczony i na morfologii stracił. Cały w odleżynach, co nie przeszkadzało mu pić alkohol w dzień wcześniej. Jakaś totalna abstrakcja! Jego siostra powiedziała nam, że przepija swoją rentę z kumplem, w melinie, jaką jest jego mieszkanie. Jakby tego było mało do libacji przyłączała się opiekunka socjalna. Koszmar, aż trudno uwierzyć w taką patologię;/
Z tydzień poleżał i umarł.

Pan S.

Przyjęty z niedrożnością przewodu pokarmowego. Konieczna była operacja. Chirurdzy znaleźli tam guz w jelicie cienkim, zamykający światło. Pan dodatkowo obciążony "sercowo", miał wszczepiony kardiowerter. Zabieg odbywał się w nocy, rano pan przy nas się zatrzymał i natychmiastowa reanimacja nie odniosła skutku.

Pan M.

 Po wycięciu poprzecznicy z powodu guza. Niedosłyszący, z zaawansowanym zespołem otępiennym żył w swoim świecie i trudno było się porozumieć. Miał wyjść nazajutrz ale pogorszył się znacznie...po kolejnych 2 dniach zmarł. 

Pan X.

Nie poznałam pana, był niecałą dobę. Żylaki przełyku, a tu śmiertelność jest bardzo wysoka. Jego przypadek to potwierdził.

A wczoraj na N, mimo 3 przyjęć ostrodyżurowych całkiem spokojnie. 21 panów, oczywiście każdy potrzebuje czegoś na nocnym dyżurze;)

Ostatnio wdzięczna nam bardzo córka jednego pana, która uznała, że cudni jesteśmy przyniosła zapas preparatu dla pań 40+. Ma wspomagać włosy i paznokcie, przypadły mi w udziale 2 op. Podzielę się z mamą:D


Byłam na nowym Bondzie, nie powiem - całkiem, całkiem. Mam wrażenie, że pan James w tej części dorósł.  Jakoś mniej tych ślicznych panienek, romansów. Priorytety uległy zmianie.



Wczorajszym popołudniem oglądałam na vod "Senność", polski film M. Piekorz. Szczerze polecam.



Tak sobie ostatnio spacerując czy biegając spotkałam kilku dziadków z wnuczkami/wnukami w wózkach. Strasznie rozczulający widok. Starszy, siwy pan i małe dziecko. Ojj, chyba nie jest dobrze ze mną, bo łzy mi ciekną na taki widok :O W ogóle często się wzruszam, film, serial, dobre kazanie w Kościele...Hormony trzeba sprawdzić;p

Niestety mój zabytkowy laptop, mający ponad 4 lata odmówił współpracy ostatnio. Zaniosłam go do pana, chłopaka właściwie i za 340zł. wymienił mi dysk bo podobno coś nie grało. Mam nadzieję, że mnie nie orżnął i rzeczywiście dysk wymienił bo ja głupia baba nie mam o tym pojęcia;D
Komputer działa i to pozwoliło mi pozostawić tu dzisiaj kolejny ślad:)

Pozdrawiam!

czwartek, 18 października 2012

Dobrze jest!



Cześć, 

Wróciłam rano z wojaży, przedłużyły się mnie i tysiącom kibiców, który mogli zostać i czekać na mecz. Ja mogłam.  Jak wszyscy wiecie miało miejsce spore zamieszanie. Teraz śmieję się z tego, tak, wiem – nie powinno się tak zdarzyć, na tak ważnym międzynarodowym meczu. Zresztą cały ten stadion narodowy to jakiś absurd! Kosztował  „w ch…” a to jakaś prowizorka! Deszcz lał się na kibiców przy schodach, przy WC. To widziałam na własne oczy, jak było w innych miejscach tego nie wiem, ale pewnie sporo takich niedociągnięć. W samych toaletach ogólnie spoko, ale strasznie śmierdzi szambem, rurami – coś nie tak z wentylacją . Jak działa się akcja pt. przeniesienie meczu, to wcale mi do śmiechu nie było.  Z tej okazji zapaliłam papierosa, a to już jest „coś" bo pijana nie byłam. Najgorsze było niedoinformowanie nas tam, gdyby nie łączność  ze światem  zewnętrznym to byśmy się dowiedzieli  o odwołaniu meczu z godzinę później.  Po drodze na mecz/nie mecz zmokliśmy niemiłosiernie, emocje sportowe miały nam to zrekompensować...cóż.

Nic to, pub sprzed meczu był dobry i po „nie-meczu”,  poszłam wcześnie spać,  zostawiając moich współtowarzyszy. Następnego dnia miałam wyjazd do Łodzi o 7, więc odpowiadała mi ta pora.  Moi nie mogli niestety zostać na meczu i wrócili na północ. Ja zaliczyłam Łódź, PKP niestety bo moja blond natura wyszła ze mnie, narażając mnie na koszty. Otóż wcześniej zarezerwowałam sobie Polskiego Busa do Łodzi, za 16zł. Btw polecam te linie, sprawnie, miło, tanio i jeszcze jeść i pić dają;) Pojechałam po 6 rano, na Młociny bo tam był cel naszej podróży z Gdańska i ja naiwnie sądziłam, że do Łodzi też stamtąd wyruszę. Zaczęłam się niepokoić  15mn. przed planowanym odjazdem bo nie widziałam nigdzie autobusu. Taak, wczytałam się w wydruk biletu – Stacja Metro Wilanowska! Cholera jasna, już było za późno na dojechanie tam, więc wróciłam do centrum i pojechałam pociągiem za 36zł;/ 

W Łodzi, która straaasznie mi się nie spodobała bo jakaś rozlazła i nieogarnięta. Brak rozkładów jazdy komunikacji miejskiej na przystankach,  owe przystanki oddalone od siebie w pi… porażka jakaś. Udało mi się dotrzeć na czas, przed spotkaniem ogarnęłam się w Mc’Donaldowskiej toalecie ;D.  Rozmowa kwalifikacyjna  - o wow, trwała blisko 50min.! Kurczę, pierwsza w moim życiu taka prawdziwa. Rozmowy z dyrektor szpitala przez zatrudnieniem  jako takiej nie traktuję, bo trwała może 5min.;)  Wszystko jest tak, jak w ich ofercie przedstawionej w Internecie. Wyniki rekrutacji mamy poznać do 10 listopada.  Jestem zdecydowana na 85%, jak nie teraz to kiedy?

 Z rozmowy wybiegłam dosłownie,  spiesząc się na pociąg do Warszawy. Wbiegłam na dworzec 3 minuty po odjeździe pociągu. Następny za godzinę, 16.40 miałabym być na Centralnym, innych perspektyw brak więc pozostało mi tylko czekać. Poszłam na kawę, potem miałam zamiar powłóczyć się po dworcu ale usłyszałam zapowiedź odjazdu pociągu do Białegostoku, przez Warszawę . Wbiegłam na peron jak pan miał odgwizdywać wyjazd i udało się, na mecz spóźniłam się 2min;) I nic to, że byłam na nim sama, bez przyjaciół. No jasne, że z nimi byłoby jeszcze lepiej, zwłaszcza w podróży powrotnej… Atmosfera i gra naszych zapewniły mi emocje do ostatniej 93 minuty meczu.

Poniżej mój bilet, mimo deszczu kod "działał" i weszłam bez problemu;)  


Teraz planuję być na meczu z Urugwajem, na naszym stadionie. Nawet sama;) Warszawa zrobiła na mnie dobre wrażenie. Komunikacja, architektura i nawet palma na Rondzie de Gaulle’a (bez politycznych podtekstów), ludzie – wszystko bardzo pozytywnie. Czułam się tam lepiej niż w Krakowie, gdzie „lans” jest tak wszechobecny, że aż szczypie. Oczywiście jest to moja subiektywna opinia i nie mam zamiaru nikomu jej narzucać. Może perspektywa zamieszkania w stolicy przez  4 miesiące, w ramach tego programu wyjazdowego do Szwajcarii, powoduje u mnie takie pozytywne myślenie?:) Dworzec Centralny opuściłam parę minut po 23, odjeżdżając przepełnionym kibicami pociągiem, mając jednak szczęście umieścić swoją chudą d… na siedzeniu;) (pozdrawiam R., który ma zgrabny tyłek, podobno;p). 

Do pracy idę w sobotę. 

Tak sobie myślę,  że powinnam być inna. Za chwilę stuknie mi 30, a ja wciąż czuję się jak na studiach.  Zwłaszcza robiąc spontaniczne rzeczy jak piwo na plaży czy rockowy koncert. Nie powinnam chyba narzekać, obserwując znajomych, zwłaszcza tych „dzieciatych”.  Moja wolność i niezależność od nikogo i wszystkiego pozwala mi się cieszyć.  Niestety więcej jest innych myśli, wręcz odwrotnych. Ale o tym pisałam tu nie raz i nie mam zamiaru się powtarzać.  Jest dobrze! „I tego trzymać się trzeba”(Sted)

Pozdrawiam!

piątek, 12 października 2012

Klamka trzeszczy...jeszcze nie zapadła.

Hej,

czy wyobrażacie sobie uczestniczyć za free w kursie językowym, mieć zapewnione spanie i jedzenie a to tego otrzymywać blisko 2tys.zł.? Właśnie rozważam taką ofertę, która zaczyna się takim 4 miesięcznym kursem w stolicy, po nim Niemcy, potem Szwajcaria. Razem ze studiami podyplomowymi ma to trwać 4 lata. Długo. Oczywiście pensja wzrasta, w miarę upływu czasu i oddalenia od domu;) Brzmi to nader fantastycznie i wręcz nierealnie, boję się postawić kropkę nad i. Wszystko okaże się po środzie, jadę w ów dzień do Łodzi, na rozmowę. Chcę coś zmienić w moim żywocie, nie koniecznie mam ochotę pracować na dodatkowym etacie, żeby dostać godny kredyt na 30 lat;/. Mam nadzieję, że tam, za granicą będzie mi łatwiej. Z obserwacji rodzinnych wiem, że są na to duże szanse.



Przed Łodzią, więc 16.X. będę na Narodowym wspierać naszych w starciu z Anglikami. Straaasznie się cieszę bo swego czasu kochałam drużynę Gerrarda, Lamparda i spółki. Nie wydaje mi się, że będę usatysfakcjonowana wynikiem tego spotkania;) Wizyta w stolicy, w gronie przyjaciół na pewno wypadnie na plus.



Wróciłam ostatnio do biegania, które ostatnimi miesiącami zarzuciłam w kąt. Zakwasy są ale satysfakcja po przebiegniętych kilometrach działa na mnie motywująco.

Praca.
Wrócił do nas pan, o którym pisałam jakiś czas temu, bez żuchwy, od PEG-a. Powikłał mu się ten PEG, zropiał i wypadł. Niby ufiksowali mu to na nowo ale pan w znacznym stopniu podupadł od ostatniej hospitalizacji. Schudł, co okazało się możliwe bo i tak był przeraźliwie chudy, do tego miał problemy z mówieniem i pisał na karteczce. Finalnie, po tygodniu zmarł...Cicho, w osamotnieniu. Zostało to co zwykle - wspomnienie i szacunek dla jego osoby, jako niezwykłego człowieka, pacjenta.

Na poprzednim nocnym dyżurze przyjęliśmy pana również z nowotworem, z odmą opłucnej. Wiek 54 lata, wyniszczony, chwiejący się na nogach. Przyjechał na wózku, i dziwnie pachniał, żeby nie powiedzieć śmierdział. Jak się potem okazało miał na karku potworną ranę, owrzodzenie nowotworowe, które wydzielało taki smród. On też nie chciał specjalnie nas zajmować, chociaż w jego sposobie bycia widać było żal, frustrację i bezradność, brak zgody na to, co się z nim dzieje. Nie dziw. Został wypisany od nas, wobec braku możliwości leczenia przyczynowego. I umrze taki pan w domu, w bólu i smrodzie...bo dobre hospicja pękają w szwach, domowa opieka hospicyjna jest niedofinansowana i dopiero raczkuje.

W ubiegłym tygodniu na SOR jakiś palant pobił pielęgniarkę, szczegółów nie znam ale dziewczyna miała zadrapania na twarzy i poluzowany ząb. Paranoja! Przychodzi taki po pomoc a potem walczy. Pijany był co prawda ale to go nie usprawiedliwia.



Aaa, właśnie przypomniało mi się jeszcze, że mamy nowych stażystów w oddziale. Ku mej radości i zaskoczeniu wielkiemu chcą się czegoś nauczyć i od nas, tudzież przypomnieć sobie co nie co:) I tak pani X, pani Y wyraziły chęć pobrania krwi czy założenia wkłucia. shock! ale MEGApozytywny:)


Z Trójkowego facebooka: Wojciech Mann cytował dziś pewną mądrość: "Wszystkim dogodzić się nie da, ale wszystkich wku... to już żaden problem". Co prawda to prawda.

Pozdrawiam!