niedziela, 24 lutego 2013

27 i już!

Cześć!

Pozdrawiam z domu rodzinnego, gdzie udało mi się dotrzeć w piątek po prawie 2 miesięcznej nieobecności. Mamy przerwę przed B1, po zaliczeniu A2 (poziomy w nauce języka niemieckiego, którego się pilnie uczę).

Od 6 stycznia, kiedy to przyjechałam do stolicy do 22 lutego minęło bardzo szybko i niepostrzeżenie. Nauka i atrakcje stolicy nie pozwalały na nudę. Teatry są nasze;) Repertuary niektórych z nich znamy prawie na pamięć;) Jeszcze czeka „Hamlet” i „Ja Feuerbach”. Po obejrzeniu tych przedstawień będę usatysfakcjonowana. Oczywiście chodzimy na wejściówki. Co nie przeszkadzało nam obejrzeć „Zemsty” w Och-Teatrze za 30zł, na miejscu wartym 100;)




Atmosfera w grupie nadal ok. W miarę upływu czasu, poznajemy się coraz lepiej i wychodzi to nam na plus! Ciekawe osoby, zainteresowania, podobne spojrzenie na świat, podobne problemy.

W niektóre wieczory organizujemy sobie kino – filmy na rzutniku. Najczęściej oglądamy jakieś romansidła, marząc że i nam trafi się taki pan, jak w damy na to - „I że cię nie opuszczę”... Jakoś po jednym z tych seansów powiedziałam, że nie lubię mówić o tym, że wzruszam się na filmie, w momencie gdy ma to miejsce. A zdarza mi się to baardzo często. Nie wiem, czy zabrzmiało to zrozumiale, chodzi mi o sytuację, gdy leci ckliwa scena i ogłaszam – płaczę! I to jest chyba właśnie powód, dla którego wolę takie filmy oglądać sama. Nie lubię komentarzy, jakichś analiz pseudopsychologicznych, czy porównywania scen z filmu do własnych doświadczeń. Nie umiem okazywać, opisywać i przekazywać emocji. Nie wiem czy to złe, czy dobre, czy może też powinnam się tego nauczyć? A może to po prostu nie jest jeszcze ten etap naszej znajomości? Chociaż ja czuję się przy nich baaardzo swobodnie... Wspominając naszą pożegnalną imprezę, chyba aż za;) Zostałam też mega pozytywnie zaskoczona. Na ostatniej kolacji przed wyjazdem odśpiewano mi „100 lat” i dostałam prezent od grupy:) Yerba mate z puszką! A było to 2 dni przed moimi urodzinami. 




Wczoraj miałam urodziny. 27. Tak się fajnie trafiło, że byłam w domu. Upiekłam ciasto, kilka osób z rodziny przybyło i nawet życzenia na fb się pokazały (chociaż nie publikuję tam daty)! Czuję, że podjęte przeze mnie ostatnio życiowe decyzje, pozwolą na spełnienie wielu marzeń:) Podróże! To jest to, w co zamierzam inwestować. Jak mówią – pomarzyć dobra rzecz;P To będzie dobry rok!


Czy mieliście kiedyś tak, że chcieliście umrzeć?
I nie chodzi mi tutaj o myśli samobójcze. Nie wiem, czy to co tutaj napiszę nie będzie jakimś „odchyłem”, świadczącym o poważnym zaburzeniu...a może Wam też przez głowę przechodziły takie myśli. Otóż myślałam sobie tak – jeśli ma umrzeć matka/ojciec dzieciom, ktoś kto ma już jakąś poważną tutaj funkcję, misję, to niech umrę ja. Nie przeżyłam tutaj wiele, nie mam własnej rodziny, czuję się prochem. Nie zależy mi aż tak na doświadczaniu tego pięknego przecież świata, wierząc w niewyobrażalne szczęście po śmierci. Szkoda tylko, że nie mam pewności, że na to Wieczne Szczęście sobie zasłużyłam. To jest cel mojej tutaj bytności. Może to głupie i naiwne. Chyba też tchórzliwe pójście na łatwiznę, i też egoistyczne - jak bowiem mogłabym świadomie narażać na to bliskich. Bez sensu tu piszę;P Nie ja o tym decyduję. Koniec. Brnę w jakieś dziwne tematy. 





Byłam rano w Kościele, na 7:) Poszłam pieszo, przez śniegi a wiedzcie, że trzeba mi iść przez las;) Rano nie było prądu, więc nawet włosów nie umyłam – nałożyłam czapkę i poszłam. W domu spędzę cały tydzień, w poniedziałek muszę coś załatwić w Gdańsku, odwiedzę też „mój szpital”:) Dzisiaj soptykam się z przyjaciółkami. Dobrze się dzieje. 

Pozdrawiam!

piątek, 8 lutego 2013

Sen jeszcze trwa...!

Sen o mojej drodze do Szwajcarii. Wszystko jest tak cudowne i nieprawdopodobne, że wydaje się być snem;) Odwiedził nas ostatnio nasz szef, rodowity Szwajcar. Oczywiście gdy przyjeżdża wizytuje nasze zajęcia, wypytuje co nam się podoba a co nie, szuka problemów by móc je rozwiązać. Po prostu WOW. Nie możemy go rozgryźć, jakoś trudno nam do końca uwierzyć, że można tak dbać o pracowników (hmm, uczniów?). W ogóle jest tak, że wszyscy (szefostwo, lektorzy ze szkoły językowej) nas chwalą i mówią, że jesteśmy super. Nie wiem o co chodzi i jak to się ma do rzeczywistości ale my się tak nie czujemy i nie wiemy jak mamy reagować;) Nauki jak zwykle sporo, co czwartek test. Wiele osób dopada kryzys związany ze zmęczeniem nauką, rozłąką...Wszystko to jeszcze przede mną bo póki co, czuję się świetnie:) A w marcu dołączają do nas uczestnicy drugiej edycji, ciekawa jestem, co to za ludziki będą?



Rozpoznaję już okolicę, wiem już gdzie Kościół, poczta i Biedronka;) Bilet miejski mam ważny do 9 maja:D wg planu będę wtedy już we Frankfurcie ale co tam;)

Byliśmy dzisiaj na kawie z naszą lektorką z A1. Pani Kasia (teraz już Kasia) jest kilka lat starsza od nas, ze względu na bliski termin rozwiązania ciąży przestała nas uczyć. Bardzo sympatyczna i ciepła osoba, chyba nas polubiła bo sama zaproponowała spotkanie. Byliśmy w miłej kawiarence, blisko instytutu. Coś musiało w niej być bo sama Kazia Szczuka się tak pojawiła. /nie podzielam poglądów tej pani, jakby się kto pytał/

W ub. weekend odwiedziłyśmy teatr Kwadrat, weszłyśmy na wejściówki na spektakl „Przyjazne dusze”. Lekka komedia w obsadzie aktorskiej, znanej z seriali. Sala wypełniona po brzegi, schody zajęte przez nas – wejściówkowiczów. Świetna alternatywa wobec kina. Nieporównywalna jeśli chodzi o wrażenia, emocje i energię przekazywaną przez aktorów.

W końcu zakupiłam zestaw do Yerba mate. Fascynowało mnie i ciekawiło, co też pan Cejrowski tam sączy. Teraz, zainspirowana nim i współlokatorką zdecydowałam się na zakup. Znalazłam z internecie adres sklepu i pojechałam tam z koleżankami. Zaparzenie yerby to cały rytuał, smak początkowo nie jest zniewalający ale powoli się uzależniam;) A jak wszystkie jej pozytywne działania zaczną na mnie oddziaływać to będę piękna i zawsze młoda;D



Po raz kolejny nawiążę do warszawskich autobusów. Zwykle jeździmy a. linii x o godzinie 8.49 i jest już tak, że rozpoznaję ludzi, którzy nim jeżdżą i nawet spodziewam się ich spotkać;) zauważyłam ostatnio, że przestał jeździć pewien pan, który dosiadał się do nas na jednym przystanku:D Tyle tu pięknych mężczyzn i kobiet, ale jacyś tacy smutni, poważni i zamyśleni...

Jakoś nigdy nie przepadałam za niemiecką muzyką, tym bardziej za tym rodzajem – rapem. Jak widać zmieniam upodobania;) 




Po finale Super Bowl znalazłam taką perełkę, chociaż to reklama. Wzruszająca, prawda?


Jutro z Toronto (Torunia) przybywa do mnie siostra, postaram się jej pokazać trochę stolicy...chociaż tak naprawdę sama jeszcze jej nie znam;)

Tymczasem pozdrawiam serdecznie! i zabieram się za...j. niemiecki:)

piątek, 25 stycznia 2013

Es wird bald besser!:)

Cześć!

Jest piątek wieczór, od jakiegoś czasu mój ulubiony czas w tygodniu. 2 dni bez szkoły;), chociaż pouczyć się wypada bo to przecież klucz do mojego sukcesu;P

Wczoraj zdawaliśmy A1, oczywiście wszyscy zdali i są szczęśliwi. Z tej okazji, nie znając jeszcze wyników napiliśmy się wina! Świetnie nam się razem świętowało, graliśmy też w towarzyską grę "Mafia" Ojj, wesoło było;D. Gorzej było wstać rano na zajęcia, ale daliśmy radę.
Z ub. tygodniu byliśmy na imprezie. Piątek wieczór, centrum stolicy i my sami w pustej dyskotece (tak chyba powinnam określic to miejsce). Szok! Nie do pomyślenia w 3city. Najpierw odbyliśmy krótki spacer, zahaczając o Grób Nieznanego Żołnierza, Pałac Prezydencki i pięknie oświetloną ul. Nowy Świat. Wstąpiliśmy na piwko do jakiejś knajpy – 11zł/Carlsberg but.;) Jakoś nie miałam specjalnej ochoty na tańce, ale atmosfera w naszej grupie i zabawowy nastrój zrobiły swoje. Po raz kolejny napiszę – świetni ludzie się tutaj zebrali i strasznie się cieszę, że tu jestem. 
 



Dzisiaj w  szkole językowej po zajęciach otrzymaliśmy potwierdzenie odbycia kursu i freezbie;D W poniedziałek zaczynamy A2, też metodą sprint więc czasu za dużo nie będzie. Po zajęciach dzisiaj mały shopping na Marszałkowskiej i pyszny obiad w ośrodku. Dzisiaj była lasagne ze szpinakiem – pyyycha! A w ośrodku pusto, większość pojechała do domów, zostały oprócz mnie jeszcze 3 osoby;) W tygodniu jest tutaj sporo ludzi, na różnych szkoleniach. Niektórzy imprezują, nie dając nam spać...
Mamy taki fajny pokój, w którym jest plazma, fotele, sofy, stoły i stoliki, do nauki i rozrywki. Właśnie tam, na rzutniku oglądałyśmy dzisiaj filmy. Rewelacja, tylko trzeba by jeszcze dopracować dźwięk;p


Byłyśmy w niedzielę w teatrze. Prawie wszystkie miejsca zajęte, sztuka Gombrowicza (lub Gombrowskiego – jak przejęzyczyła koleżanka;), w roli głównej W. Malajkat. Świetnie zagrał, słowem majstersztyk! Do tego Rafał Mohr, w roli idealnie dopasowanej. Już nie mogę się doczekać kolejnego wyjścia. A problemem jest spora ilość teatrów i aktorów, których chciałybyśmy zobaczyć:) Jutro w planie mamy Muzeum Kopernika.



Warszawskie autobusy są bardzo ciche. W Trójmieście jakoś głośniej było. Nie przeszkadza mi to bo sama wolę czasami posłuchać radia czy jeszcze się pouczyć. A tutaj każdy siedzi i gapi się nie wiadomo na co. Wsiada taka grupa jak nasza i od razu robi się gwarniej. Hehe, naprawdę śmiesznie robi się kiedy na głos powtarzamy niemiecki;)

Zima w pełni. Odśnieżanie chodników jak zwykle pozostawia wiele do życzenia. Powiedziałabym nawet, że spodziewałam się więcej po mieście stołecznym;]

Tymczasem pozdrawiam!

sobota, 12 stycznia 2013

WOLA - niewola.

Cześć!,

jestem po tygodniu (prawie) życia w mieście stołecznym.
Pożegnałam pracę godnie, kupiłam tort za bagatela 73zł!, kilka wędzonych ryb od rodziców i taxą podjechałam pod mój ukochany szpital...Ukochany bo pierwszy i chyba na długi czas jedyny polski;) Żegnałam się z wszystkimi, udało mi się nie płakać. Nawet sam nasz ordynus (ordynator) życzył mi powodzenia;) Od koleżanek w ramach podziękowania za współpracę dostałam bransoletkę – OMG! Porażka – straszna, tandetna i w ogóle nie w moim guście! Nie wiem, jak mogli uznać, że się mi spodoba;/ Oczywiście należę do tej grupy osób, które nie powiedzą wprost, że prezent „do d...” tylko z uśmiechem na ustach podziękują i powiedzą, że jest ładna. Tak też uczyniłam. Po powrocie do domu znalazłam paragon – 163żł! Postanowiłam ją wymienić i udało się. Wybrałam taki naszyjnik, na czarnym rzemyku (?), z fioletowymi elementami, taki na luzie.



6 XII przyjechałam do Warszawy...Polski Bus zabrał moje nieregulaminowe 2 walizki i przywiózł mnie do stolicy. Z Dworca wzięłam taxówkę, zapłaciwszy 32zł zostałam podwieziona pod ośrodek, w którym mam spędzić prawie 4 miesiące. Potem Niemcy – Frankfurt n. Menem, ale to już będzie potem:)

Po przyjeździe mieliśmy spotkanie wszyscy, takie organizacyjne, rozpoczynające program. Co zszokowało nas wszystkich to organizacja naszego pobytu. Dostaliśmy specjalnie dla nas przygotowane foldery, z rozpiską co, gdzie i jak (autobusy i dojazdy, rozkład, adresy sklepów itp.) Kurczę, jakbyśmy już byli za granicą albo nie potrafili obsłużyć internetu czy poznać się na rozkładzie:D MEGA! Nasi pracodawcy są po prostu niesamowici. Pan ze Szwajcarii i pani z Polski, która też tam mieszka. Załatwiają nam wszystko. I tak mamy w ośrodku już naszą pralnio – suszarnię, od poniedziałku będziemy mieli swój pokój na „posiadówy”, który raczej będzie czymś w rodzaju pokoju nauki bo nic innego od tygodnia nie robimy;]

Wygląda to tak:
Od 9.30 do 11 mamy zajęcia w Instytucie, potem o 17 kolejne w ośrodku. Zagwarantowali nam wyżywienie, więc schodzimy sobie do restauracji w wyznaczonych porach i jemy co tam man Szwed (stół szwedzki) oferuje. Sprzątają nam pokoje i w ogóle czujemy się bardzo komfortowo. Nic tylko się uczyć! Tak też wyglądał ostatni tydzień. I czuję, że następne będą podobne. Program i metoda nauki zakłada spooooro materiału, dla osób, które nie miały do czynienia z językiem niemieckim to prawdziwy „hard-core”.

Grupa nasza, licząca 12 osób jest naprawdę świetna! Wszyscy się tak świetnie dogadują, jakby się znali od lat. Oczywiście nasze szpitalne klimaty i doświadczenia, które mamy często są tematami rozmów;) od tego nie da się uciec.

Stolicy nie zdążyliśmy jeszcze pozwiedzać, wiem gdzie mam Kościół, Biedronkę i pocztę;) Pałac Kultury też codziennie oglądam bo blisko niego mamy zajęcia. Wybieramy się na WOŚP, będzie DODA - trzeba pójść;P Żartuję oczywiście – HUNTER, Happysad – na to liczę;) Poza tym koniecznie chcę pójść do teatru. Ceny co prawda nie zachęcają ale przecież warto!


W piątek, przed przyjazdem tutaj ukradli mi tablice rejestracyjne z samochodu. Samochodu ojca oczywiście, którym pojechałam do przyjaciółki. Stał sobie prawie w centrum miasta przez 4h i ktoś je po prostu zabrał. Miałam dzięki temu przyjemność być na policji i składać zawiadomienie o przestępstwie. Oczywiście nie obyło się bez czekania;) generalnie nie liczę na ich odnalezienie, chodziło raczej o uniknięcie płacenia z paliwo, które sobie ktoś pewnie na nasz koszt kupił;) Tak mnie żegna Polska;/

Patrzę sobie teraz przez okno, vis a vis naszego ośrodka/hotelu jest akademik WUM:) pora późna a w oknach światła, czyżby sesja?;) 
Pozdrawiam i powodzenia studentom, zwłaszcza z naprzeciwka (jak to się pisze?).

niedziela, 30 grudnia 2012

The last time...

Dzień dobry!,

czas świąt Bożego Narodzenia minął bezpowrotnie. Spędziłam go w cudownej atmosferze, w domu, wyłączając noc 25/26 bo byłam w pracy:) W domu radość z powodu...małego pieska! Wszyscy jesteśmy nim oczarowani i kochamy go już na wieczność.

Jestem po ostatnim dyżurze nocnym:) Jeszcze jutro D i koniec mojej przygody z pierwszą pracą. Podsumowując te 4 lata - było dobrze. Poznałam pracę i wciąż chcę to robić, więc to mówi samo za siebie. Były momenty gorsze, związane z samą pracą, współpracownikami, pacjentami ale tego nie chcę pamiętać. Wolę pozostawić w pamięci chwile radosne - wdzięczność pacjentów, ciężkie, spracowane dyżury z fajnym zespołem. Np. jak wczorajszo/dzisiejszy. Nie zapomnę go chyba nigdy. Były konsultacje, OZW, była policja i transport do szpitala psychiatrycznego z Edwardem Ąckim.

W zeszłym tygodniu zmarł 31-letni pan Robert. Ciągle mam go w głowie bo przyjmowałam go na swoim dyżurze, przed Wigilią. Alkoholik, narkoman. Młody, przystojny ale strasznie zaniedbany chłopak. Rozpoznanie - HETD, marskość wątroby, śpiączka. Zaczęły się przepychanki, kto ma go leczyć - OiOM, interna, neurologia? Po podaniu flumazeniulu ocknął się trochę i po 3 dniach zabrała go interna. Długo tam nie pobył, po godzinie zmarł. Śmierć - nie tylko młodego człowieka zawsze nasuwa pytanie - czy zrobiliśmy wszystko, co trzeba było. Czy daliśmy mu szansę na zmianę stylu życia, na jakąś przyszłość. Myślę, że w porę nie otrzymał dostatecznej pomocy od systemu, może  jej nie chciał, może nie miał wsparcia w najbliższych, może...Te zagadki nie zostaną rozwiązane. Pana już nie ma.



Jutro ostatni dzień roku, kolejny zapowiada się obiecująco. Na pewno przyniesie wielkie zmiany:) Tak więc  jutro będę się żegnać i życzyć pomyślności w 2013r. A wieczorem domowo - u mnie na wsi:) z dala od fajerwerków, koncertów pod chmurką i pijanego narodu.


Pozdrawiam serdecznie, cześć!

środa, 12 grudnia 2012

"...słowa zmęczyły się..."

Dobry wieczór!,

późno na zegarze się zrobiło a  mnie jeszcze nie chce się spać. Byłam w pracy na D, więc od 5.25 jestem na nogach, dyżur też całkiem intensywny...Chyba natłok myśli i rzeczy do zrobienia w życiu nie pozwala mi zasnąć.

Atmosfera zbliżających się świąt powoli i mnie ogarnia. Biało - jest, nastrojowa muzyka - jest, kupowanie prezentów - też...grudzień w pełni:) Podarunki udało mi się ogarnąć, no może jeszcze mamie coś dokupię i będzie komplecik.

Absurdom w pracy końca brak.
Dzisiaj np. ni stąd ni zowąd, w rytmie pulsoksymetru, wjeżdża na oddział pacjent, w asyście ratownika i sanitariusza...krwawienie z przewodu pokarmowego. My oczywiście nic nie wiemy, miejsce nieprzygotowane i zaczyna się młyn, latanie. Kiedy w końcu pacjent znajduje się na wyznaczonym łóżku i chcę mu podłączyć płyny - wkłucie ma do dupy. Podstawowa rzecz, mega ważna a tu lipa. I trzeba szukać odpowiedniego miejsca, modląc się żeby pan był na tyle stabilny krążeniowo i poczekał z ewentualnym zjazdem. Udało się po kilku minutach nawet dwa założyć, ale co się człowiek nadenerwuje to jego. Nie jest to sprawa prosta w sytuacji gdy pacjent jest w hipowolemii. Można sobie pogadać a SOR i tak robi swoje, tj. słabo ogarnia.

Mielimy ostatnio pana bez twarzy...no dobra, miał twarz ale płaską i sino-fioletową i z dziurą u nasady nosa. Zgadnijcie kto go tak urządził! Własny wnuk, podczas wspólnej libacji. Pan, jak już otrzeźwiał to z przejęciem stwierdził: "Mówiłem wnuczkowi, żeby kastetu nie używał!" Masakra, jaka patologia dzieje się obok nas. Przecież mógł go zabić! Dziwne, że mózg  miał ok, "tylko" połamane kości twarzoczaszki.  Oddaliśmy go na chir. szczękową.






Wzorem lat ubiegłych zakupiłam kalendarz ścienny z płytą "Dżentelmeni 2013".  Płyta z coverami przebojów lat 70-tych. Małaszyński śpiewa Osiecką - cuuudo, Bobek - "C'est la vie" i moja ulubiona wykonywana przez Radzimira Dębskiego "Będzie tak jak jest", jego mamy:) Jak nie macie pomysłu na prezent to fajna sprawa bo nie tylko, że kogoś obdarujecie to jeszcze wspieracie działania fundacji. 

Czy są tu fani serialu "Stażyści"? :D polecam!

środa, 28 listopada 2012

Beztytuł:)

Dobry wieczór!,

pada, pada, szaro, buro. Chciałabym już trochę mrozu i słońca:) wtedy jakoś inaczej jest, prawda?



Ładnie? Jak w bajce:)


Jestem po dziennym dyżurze, 30 pacjentów, 6 zabiegów. Miałam aż 4 dni wolnego i trochę zagubiona byłam na początku. Po obchodzie już wiedziałam kto i po co się u nas znalazł. Najlepsze jest to, że znowu mam labę i do pracy idę w pon!;D

Mamy w oddziale weteranów, panów leżących gruubo ponad miesiąc. A tu stopa cukrzycowa, która moim zdaniem się nie wygoi i trzeba będzie ją amputować, a tu wyrostek, powikłany ewentracją, wymagający długiego raczej leczenia i jeszcze pan z rozsianym procesem neo, z 2 stomiami...Zawsze są tacy, prawie, że "domownicy". Zaprzyjaźniamy się w pewnym stopniu z nimi, z rodzinami. Wspieramy ich, dodajemy otuchy. Cieszymy się jednak, gdy w końcu opuszczają nasze progi.


W tv leci "Na dobre..."Już się kiedyś wypowiedziałam nt. tego i innych seriali med. Powtórzę - szkodzą, dając idylliczny obraz pięknego szpitala, gdzie najważniejszy jest jeden pacjent, leczą go szybko i z uśmiechem. Przychodzi taki Kowalski i chce się dowiedzieć na czym będzie polegał zabieg/badanie, jakie jest dalsze leczenie, jakie rokowanie...W realu mało kto zna nazwisko lekarza prowadzącego czy operatora. A diagnozy - dajmy na to o podejrzeniu nowotworu, przekazywane są w biegu, na obchodzie czy korytarzu...Czy naprawdę wymagam zbyt wiele, oczekując rozmowy na osobności, w 4 oczy, 10-15 min. w sytuacji, gdy wali się świat danego pacjenta to chyba nie wiele...Pośpiech, drugi etat, prywatny gabinet, procedura, pieniądze, czas, czas, czas...a raczej jego brak są tego przyczyną.
Ja próbuję zarejestrować mamę na MRI od miesiąca, już ścieżkę wydeptałam do rejestracji, znam wszystkie panie z okienka  i  ciągle słyszę, że nie ma zapisów na ten rok, a na przyszły "ruszą" w następny poniedziałek. Tych poniedziałków już trochę było...;p

Pracuję do końca roku, 31.12 mam dyżur dzienny. Od stycznia, przez pół roku nie będę miała styczności ze szpitalem. Kurczę, już ubolewam nad tym i nie wiem jak się z tym uporam bo przecież to moje życie jest!:) Bez nowych pacjentów, ich historii, przebiegu leczenia aż do wyleczenia. To daje mi energię i kopa. Od następnego roku będę czerpała siłę z postępów w nauce j. niemieckiego;P taa, na pewno.



Odkąd news oddziałowy o moim odejściu rozszedł się "po ludziach"(personelu oddziału) wszyscy ubolewają nad nim;) Mówią, że życzą mi jak najlepiej, że fajnie, że się zdecydowałam i odważyłam ale szkoda, że odchodzę bo taka super jestem;)  Miło to słyszeć, szkoda, że na co dzień nie mówimy sobie takich komplementów. 


Pozdrawiam!