niedziela, 3 czerwca 2012

Coraz bliżej święto!!!

Dobry wieczór Państwu,

jestem po D. Dyżur zapowiadał się całkiem miło. W ramach przygotowania do święta, nasz szpital ograniczył przyjęcia planowe i tym sposobem o 7.00 rano było zaledwie 18 pacjentów!  Kurde, tak mało to nawet na Boże Narodzenie nie było. Heh, dla nas dobrze bo nie płacą nam od ilości pacjentów. I tak po raporcie musiałam zwlekać z łazienki na salę pacjenta, z krwiakiem w głowie, któremu oczywiście nie wolno chodzić. Pan stał, a raczej chwiał się na nogach w kałuży sami wiecie czego...on niestety butów, kapci nie miał;P. Przyjęty został ok. 6 rano, prawie 3 promile we krwi. Dowlekłyśmy go do łóżka, wyjaśniając oczywiście co, jak i dlaczego. Założyłam panu cewnik do pęcherza /:)/ i stanowczo kazałam leżeć! Pan nawet posłuchał i do 19 nie było z nim problemu. No może poza uzupełnianiem danych osobowych, po otrzymaniu dokumentów.
Śniadanie udało nam się zjeść całkiem przyzwoicie. A! No właśnie, czy wiecie, że X-factora wygrał mój faworyt Dawid?;D

Ładne, nie?


Po śniadaniu - zlecenia, tj. leki i.v. Z 10 przekłuć, tj. założenie nowych wenflonów. Standard jest taki, że po 3 dobach wenflon się wymienia, tak też czynimy;) a jak wiadomo, żyły są różne, jak i pacjenci. Oczywiście każdy od razu twierdzi, że ma kiepskie żyły, że trudno coś nakłuć itd. Jakoś poszło, i po kolei otrzymali piękne, świeże, różowe wkłucia;)
Od przedpołudnia zepsuły się telefony w całym szpitalu, i tak, żeby coś załatwić w laboratorium czy banku krwi trzeba było latać z IV piętra na parter. Masakra! Nalatałyśmy się. No i oczywiście to samo z lekarzami naszymi, żeby ich wydostać, zawołać czy zapytać o coś - latasz po dyżurkach, 3! i szukasz cholera jednego, z drugim;D Dobrze, że reanimacji nie było żadnej, a zanosiło się.

Ok. 16, po 3 innych - przyjęciach, (w tym młodego, poparzonego chłopaka, który wraz w przyjaciółmi "popalili się" nad ranem, na szczęście w dobrym stanie ogólnym poparzenia IIst.) przyjęliśmy krwawienie z górnego docinka przewodu pokarmowego. Pan dotychczas nie leczył się na nic. W zeszłym tygodniu był w innym szpitalu, z tego samego powodu, gdzie nie dał sobie zrobić gastroskopii, i wypisał się na własną prośbę. Wczoraj wieczorem ponownie zaczął rzygać krwią (przepraszam co wrażliwszych:) i chyba się przestraszył. Na oddziale początkowo "w miarę", co prawda jeszcze nie było wyników krwi a w sondzie czerwono, mimo to myślałam, że ujdzie spod skalpela bo ciśnienie "trzymał". I znowu oczywiście bieganie po dyżurnych, żeby zlecenia dali, krew zlecili itd. I tak trwał pan z godzinę, po czym ciśnienie spadło mu tak gwałtownie, że ja zdążyłam tylko polecieć po lekarza i zabrali go na blok. Jak go zwoziłyśmy to z ambu pod ręką i w nadziei, że nie "stanie" w windzie. Operowali go niecałe 2h, krwawiący wrzód żołądka zdaje się. Przywiozłyśmy go "na rurze", ale na własnym oddechu, kilka minut przed 19;)

Tytuł posta odnosi się oczywiście do Euro! Już nie mogę się doczekać. Już nie przejmuję się ewentualnymi trudnościami, na które będę narażona jako mieszkaniec "Dumnego  miasta gospodarza":D, mam gdzieś liczne niedociągnięcia organizacyjne Polski jako gospodarza...no dobra, aż takim looserem nie jestem, ale mam na to nikły wpływ. Tak, tak - We are all hosts!:D Chcę po prostu poczuć radość kibicowania i wierzę, że wszystko się uda i jakoś będzie - pięknie będzie!!!:D
Tym sposobem 8 oglądam mecz u przyjaciółki, na dużym ekranie - tj. większym o wiele od mojego:P



 

Btw ostatnio rozmawiałam na temat Euro z 2 facetami, młodymi dodam. I k... absolutnie ich to nie "jarało". Dziwnie się poczułam, bo zwykle faceci są fanami a kobiety nie znoszą futbolu. A tu zong:O

Co tam, nie ma co uogólniać. 

 Poniżej link z wczorajszego rozpoczęcia opolskiego konkursu Superjedynek, w autorstwa Radzimira:)Mmmm!


Pozdrawiam!

niedziela, 27 maja 2012

Powstawanie, upadanie...

Cześć!,

Wróciłam dzisiaj z wesela, ślub brała moja koleżanka ze studiów/pracy. Poznała swego przyszłego męża na balu fartuchowym, takiej imprezie "medykaliowej". Chodzili ze sobą 3 lata, i pobrali się wczoraj.
Zabawa była przednia! W domu strażaka;), który z pomocą dekoratorki przeobraził się w salę weselną, nieodbiegającą od miejskich standardów. Jak to na weselu, jedzenie, picie, tańce i tak na okrągło;D. Byliśmy tam ekipą: para, koleżanka i ja. Nocleg w 4 osobowym pokoju, łóżka pod ścianą, jedno przy drugim;) Hehe, ale nie o tym. Brak sparowania sprawił, że mąż jednej z koleżanek starał się nas "obtańcować";P, no i zawsze zostają kółeczka.

Wszystko było ładnie, wesoło do czasu jak nowo poznany mąż koleżanki zażartował ze mnie, co mnie cholernie wkurzyło. Nie było to w sumie nic poważnego ale strasznie mnie ubodło. Wtedy mój aktualny stan upojenia momentalnie uległ zmianie, w jednej chwili stałam się trzeźwa jak dziecko (?). Rozpadłam się i rozkleiłam totalnie. Mogłabym to zrzucić na karb wódki, której nie żałowałam i sporo wypiłam, na obcasy, które miałam przez większą część wesela, a których czasami nienawidzę;/  Prawda niestety była inna, i to najpewniej mój żal, tęsknota, pustka, która w tego rodzaju uroczystościach - pomimo całej tej radości i ciepłych uczuć wobec Młodych - nabiera na sile. W połączeniu z alkoholem, i tym durnym żartem musiały ze mnie ujść. Zła byłam na siebie bo nie mogłam się pohamować, i cholera mimo, że wyszłam na zewnątrz koleżanka mnie dopadła i próbowała wyciągnąć o co chodzi. A ja tak bardzo chciałam być wtedy sama, i w ogóle najlepiej to zniknąć stamtąd i znaleźć się w jednym z 4łóżek;) Chcąc uniknąć "afery" i zamieszania wróciłam na wesele, udając, że wszystko jest ok. Zdradzały mnie oczy, chociaż inni mogli pomyśleć, że się zalałam;) Dobrze, że impreza już się kończyła więc dużo nie straciłam.

Generalnie imprezę oceniam pozytywnie, mimo tej mojej osobistej "traumy", dam w skali do 10 aż 7 pkt.!:D

W pracy byłam w czwartek. Dyżur ciekawy, zwłaszcza, że zanim dostaliśmy pacjenta już szukała go u nas policja. Pan po wypadku. On kierowca tira zderzył się z busem i wylądował w rowie. Wstrząśnienie pnia mózgu, złamanie obojczyka, ciało obce w oku (usunięte na bloku, włożone do historii choroby-na pamiątkę chyba;) ogólne otarcia, zadrapania. Pan w sporym szoku, nie wiedział co się stało i w koło (amnezja) dopytywał się, dlaczego go tak boli. I ja cierpliwie tłumaczę, że miał wypadek, że jest w szpitalu. A on co? Znowu jęczy i pyta co się stało i gdzie jest...Po lekach przeciwbólowych przysnął, a policjanci nie mieli okazji z nim pogadać;)



Mieliśmy też pana z masywną zakrzepicą w obrębie obu kończyn dolnych, w przebiegu zaawansowanej choroby nowotworowej. Rak, który toczył tego pacjenta swoją drogę rozpoczął od ślinianek. Na przedzie szyi guz, wielkości mandarynki, z odnogami na klatkę piersiową. Sączący, cuchnący_porażka. Po radioterapii, chemioterapii paliatywnej. Na szczęście nie boli fizycznie. Co do sfery psychicznej, w nowotworach głowy i szyi, gdzie czasami "wyrzyna" się pół policzka, czy guz jest tak wielki, że ma się drugą mniejszą głowę, to chyba nie muszę pisać....Koniec blisko. A pan cierpliwy, nie narzucający się, cichy, nawet nie chciał nas zajmować tym, że po raz kolejny na dyżurze potrzebna była zmiana opatrunku.



Od jakiegoś czasu mamy młodego, rok starszego ode mnie pana z ostrym zapaleniem trzustki, poalkoholowym. Cholera...za dużo tego było w jego życiu. Mimo antybiotykoterapii o szerokim spektrum, żywienia pozajelitowego nie widać poprawy. Może to się skończyć operacją, a to w przypadku Bradleya (metoda operacyjna) wiąże się z baaardzo długim pobytem w szpitalu, z wielokrotnymi zmianami opatrunku w warunkach bloku operacyjnego, w znieczuleniu ogólnym. Rekordzista w mojej karierze spędził u nas prawie pół roku. Cholera, ostre zapalenie trzustki może przybrać tak gwałtowny przebieg, doprowadzić do takich powikłań, że skończyć się może w jeden tylko sposób. A pacjenci, niestety często młodzi alkoholicy, nic sobie z niej nie robią, po podleczeniu, abstynencji wychodzą ze szpitala i pija dalej...nie próbują, albo nieskutecznie leczą się z picia...i wracają do nas z trzustką czy żylakami przełyku. Komu się uda uciec spod kosy, nie raz obiecuje, że nie weźmie do ust ani kropli, i mija miesiąc, dwa i pan X czy Y znowu ląduje u nas. Hmmm, muszę to wziąć pod uwagę zanim otworzę kolejnego browara...bo piwo to nie alkohol;P


Tyle na dzisiaj,
dobrego tygodnia życzę.

piątek, 18 maja 2012

Będąc w systemie...

Cześć,

jest piątek wieczór, siedzę sobie i piszę tego posta słuchając oczywiście lp.3:)
Właśnie "leci" Edyta Bartosiewicz ze swoją cudną piosenką "Madame Biju".




Tydzień, który dobiega końca był bardzo intensywny. Na zakończenie czekają mnie 2N, jutro i pojutrze.
Zaczęło się w poniedziałek rano, wstając do pracy przed 6 zobaczyłam nieodebrane połączenie z domu. Dzwonili rodzice, że mamie zaostrzyła się rwa kulszowa i nie może się praktycznie ruszać! Sic! co ja cholera mogłam zrobić na odległość...w sumie skończyło się wizytą ojca w sprawie matki u jej lekarza rodzinnego,w mieście. (zrozumiał ktoś?;P)Przepisał jej leki p. bólowe i.m., które 2 razy dziennie przyjeżdża pani pielęgniarka z naszej wiejskiej przychodni podawać. Mi udało się umówić wizytę u neurochirurga, oczywiście poprzez znajomości naszego szefa z rzeczonym profesorem. Normalnym trybem czekałabym pewnie miesiąc...ale....Co nam po wizycie bez badań obrazowych? I znowu ruszyła lawina systemu;/ Koleżanka, której jestem wdzięczna zadzwoniła do pracowni MRI, umówiwszy badanie za 2 dni! Normalny czas oczekiwania wynosi 4 miesiące! Oczywiście nie miałam jeszcze skierowania na to badanie i musiałam pojechać do rodziców po nie. Ale żeby ni było za łatwo - rodzinny dał skierowanie do specjalisty - ortopedy. I ja znowu drogą "na skróty" poszłam do ortopedy po skierowanie na MRI. Dał, bez problemu i sapania. Jego ojciec kiedyś u nas leżał i pan chyba mnie pamiętał. W końcu pracuję tam już prawie 4 lata...Generalnie opisuję to wszytko, żeby uzmysłowić Wam i sobie też jak to wszystko "działa". Gdyby nie moje jakieś tam znajomości i znajomości moich znajomych to czekałabym na konsultację/badanie szmat czasu! Oczywiście jest też drugie wyjście - pieniądze. MRI odcinka L-S kosztuje 600zł. Więcej nie muszę chyba pisać. Dziwnie się czuję z tym, wiedząc, że są ludzie powiedzmy niezwiązani z systemem służby zdrowia, którzy muszą czekać meega długo na te usługi. A mnie udało się to obejść. Wiem, że nie tylko tu tak jest, w wielu instytucjach wygląda to tak samo_przykro.


Aaaa! zapomniałam się pochwalić - bilet na mecz Euro już mam!:D taki ładny, kolorowy, imienny! Hiszpania -Chorwacja:) strasznie się cieszę:D Dzisiaj byłam na chwilę w oddziale i zobaczyłam pismo, że wstrzymują wszystkim urlopy w czerwcu, hehe mam nadzieję, że akurat 18 nie będę miała dyżuru;p





Konkurs na Pielęgniarkę roku ubiegłego nie do końca odbył się bez echa dla mnie...Mimo zajęcia dopiero drugiego miejsca, mój fantastyczny zakład pracy ufundował mi wyjazd na finał, z którego wróciłam wczoraj. Wspierałam koleżankę, która w nim startowała.:) Wygrała pani Anna S. z Warszawy. Byłam więc w Elblągu. Rozpoczął się tam kongres pielęgniarek polskich, organizowany przez PTP (Polskie Towarzystwo Pielęgniarskie), a finał owego konkursu był jakby wstępem. Byłyśmy tam tylko jedną noc, cała impreza trwa do niedzieli. Jadąc tam nie spodziewałam się, że wrócę tak zadowolona. Niesamowite było spotkać się z koleżankami z całego kraju! Kraków, Poznań, Warszawa, Wrocław, Szczecin, Lublin, Kielce, Katowice itd.! Była okazja do wymiany doświadczeń, do ponarzekania na system;) Świetna sprawa. Szkoda, że firma nie ufundowała nam pobytu do niedzieli;)Te nasze rozmowy pielęgniarskie podniosły mnie na duchu jeśli chodzi o nasz zakład pracy. Usłyszawszy, że w niektórych placówkach brakuje rękawiczek(!), uznałam, że u nas jest naprawdę luxus.

Za tydzień wesele Judzi. Nawet się cieszę, że zdecydowałam się pójść. Sukienka jest, co prawda stara, ale tylko raz użyta;)

Pozdrawiam!

sobota, 5 maja 2012

"Zakochuję się na mieście, zakochuję się w tramwaju..."


Dzień dobry wieczór,


na początek Muchy i piosenka, z której cytat w tytule posta;)


Pisałam ostatnio, że wybieram się na panieński...wybrałam się, tyle wiem na pewno. Po raz kolejny miałam więcej szczęścia niż rozumu. Mam tu na myśli bezpieczny powrót do domu. Nie zdarza mi się często takie "imprezowanie", ale przyznać muszę chyba sama przed sobą zwłaszcza, że ja cholera lubię tańczyć!Hmmm, tylko czy to się liczy, jeśli nie robię tego nigdy na trzeźwo...;D

1 i 2 maja pracowałam. 2 wieczorem świętowaliśmy urodziny chłopaka mojej przyjaciółki. Obyło się bez tańców, a  szkoda bo znowu miałam ochotę;)


Spędziwszy 2 "upojne" noce ubiegłego tygodnia w jednej z imprezowych stolic naszego kraju (Sopot można chyba do takowych zaliczyć;), stwierdzam, że nie jest ze mną aż tak źle.
Co innego, że wolałabym mimo wszystko, robić w tym czasie zupełnie co innego. Wliczając w to pranie i prasowanie;) Nie żałuję jednak i cieszę się, że nie stchórzyłam, co czasami też mi się zdarza.

W pracy zupełnie przyzwoicie. Przez te 2 dni nie odnotowaliśmy żadnego przyjęcia! Aż się boję co będzie w poniedziałek;D.
W jeden z świątecznych dni robiłam opatrunki, zastępując nijako koleżankę, która robi to na co dzień. Lubię to nawet, oczywiście myślę tu raczej o "konkretach" a nie zwykłej zmianie opatrunków po laparoskopii czy przepuklinie. Otwarte rany, zakażone, powikłane, rozwarte kikuty itp. itd. To jest to co lubię najbardziej:D Oczywiście pacjenci raczej nie lubią tych zmian. Często łączy się to z bólem, dyskomfortem...ale cóż, nie ma innej drogi do wyleczenia.



Od jakiegoś czasu uczę się angielskiego, w ramach programu Akademia Euro. Jest zupełnie sympatycznie, poznałam kilku sympatycznych ludzi a przy okazji przypomnę sobie co nie co z angielskiego. (Chociaż tak naprawdę to chyba nie przypomnę bo de facto nie mam czego - uczyłam się go na II, III roku;/) Miałam dzisiaj test!:) Ciekawe jakie będą wyniki. Czyli jak widzicie nauka. Do tego we wtorek egzamin z EKG. Uskuteczniam naukę od czwartku...niby mam jakąś giełdę pytań ale dobrze byłoby wiedzieć coś więcej. W związku z tym kursem musiałam odbyć praktyki. Byłam w prywatnej przychodni i szpitalu. Zachwytom moim nie było końca. Tam tak ładnie, czysto, świeżo, przestronnie...nie to co u nas...pff. Pomarzyć zawsze można. Podobno nie jest tam tak "różowo", jak się wydaje, więc nie żałuję, że pracuję w budżetówce;D


Tak więc trzymajcie za mnie kciuki we wtorek,:),

pozdrawiam!

P.S. Tytuł posta nie ma związku z Sopotem, tylko z codziennymi spotkaniami, jakich wiele a z których nic nie wynika:)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Bez tytułu...

Dzień dobry!

w ten piękny, wiosenny dzień, gdzie temperatura za oknem wzrasta powyżej 20 kreski i chce się żyć_a raczej powinno "się chcieć" bo jakoś mnie melancholia dopadła i raczej samopoczucie mam deszczowe.
Mam nadzieję, że do jutra mi przejdzie bo wybieram się na panieński wieczór koleżanki, na której ślub idę jednak-mimo wszytko 26 maja.

Byłam ostatnio na koncercie Much, w klubie studenckim. Przypomniały mi się te klimaty:) Trochę staro się tam czułam ale warto było usłyszeć chłopaków w świetnej formie. Czekam na kolejną płytę, która "się robi".


Z muzycznej beczki jeszcze - pewnie słyszeliście o Radzimirze Dębskim i jego dokonaniu z piosenką Beyonce.Nie znałam tej piosenki wcześniej, jakoś nie słucham tej wokalistki na co dzień. Wersja Radzimira podoba mi się bardziej. I wcale nie ma tu znaczenia jego ładna buzia i głos, w którym mogłabym zatonąć;)



Powyżej próbka jego głosu, z płyty dołączonej do kalendarza Gentelmani 2011.


Nie chce mi się pisać o mojej melancholii, skąd się wzięła i po co, bo to tylko ją karmi i pozwala jej rosnąć. Mogłoby się jeszcze okazać, że sama ją sobie stworzyłam i nawet ją lubię czasami. Muszę ją jednak stłamsić i zamknąć w szafie, oby na długo.

W pracy, hmm - sporo się dzieje w kwestiach personalnych. Mają zamiar nas mieszać z zespołem o. kobiecego i to wszystkich bulwersuje. Mimo, że jesteśmy jednym oddziałem to każda część: męska i kobieca pracuje na swój sposób. I tak od 20 lat. Nie wiem czemu ma służyć mieszanie nas skoro nikt tego nie chce - oprócz dyrekcji (podobno). Otwarta wojna wisi w powietrzu. Koleżanki, które mają pójść na damską zamierzają pójść na zwolnienia...ehhh i to teraz - długi weekend. Sądzę jednak, że to dobre posunięcie. Nie zostały poinformowane przez oddziałowa o takim "kroku"poczynionym wobec nich, ani one ani nikt. Dopiero jak pokazał się grafik zobaczyłyśmy, że 2 z najdłużej pracujących na męskim na nim nie ma...Porażka w komunikacji, w relacjach - totalny kataklizm. A ja chciałam wziąć urlop, nie dostałam go jednak i 1, 2 mam D.



Pracy w oddziale mnóstwo. Jest trend na HETD. Ostatnio zmarł nam pacjent z tego powodu. 55 lat, alkoholik, żylaki przełyku i spirala nastąpiła, prowadząc do nieuniknionego. Zdążyli go jeszcze zoperować i po zabiegu przeżył jeszcze 2 doby...
Mamy pana, który tak nieszczęśliwie spadł ze schodów, że skończyło się trepanacją. Przyjęliśmy go z OIOM-u. Niby przytomny, logiczny ale spowolniały i niesamodzielny. Neurochirurgia nie widzi nadziei na poprawę.  Nie zacytuję, co powiedział neurochirurg naszemu dyżurnemu...
W ogóle jakoś sporo zgonów u nas.  W kwietniu chyba z 5 było. To sporo jak na nasz oddział. Operuje się coraz starszych, bardziej obciążonych i takie są rezultaty. Oczywiście, wszystkie te zabiegi nie były planowymi, tylko ratującymi (?) życie, a raczej przedłużającymi o tydzień czy dwa.

Wczoraj wrócił do nas pan po wycięciu H.I.D w zeszłym tygodniu. Z krwiakiem i obrzękiem moszny. Wszyscy pamiętamy go z dnia zabiegu. Maruda! Zażyczył sobie cewnikowania, 2 godz. po zabiegu, a że jakiś protegowany "neurolożki" z naszego szpitala to spełnili jego prośbę. I taki mamałyga, że 3 dni po zabiegu leżał w łóżku i marudził. Normalnie w 95% wychodzi się następnego dnia, na własnych nogach, bez problemu. A tu taaaki się trafił, zirytował wszystkich. Jak go zobaczyłam wczoraj to o mało z krzesła nie spadłam. I tu znowu taka prawidłowość - ja jakiś pacjent stwarza sztuczne problemy, nie słucha nas, nie współpracuje tylko am swoje chore teorie to często wraca z jakimś powikłaniem. Na początku miesiąca też miała miejsce podobna sytuacja. Pan po cholecystektomii klasycznej,marudny na tyle, że chciał znieczulenia ogólnego przed usunięciem drenu - wrócił w niewielkim ropniem podwątrobowym. Na szczęście udało się go rozpędzić zachowawczo.

Na N z pon/wt koleżanki przyjęły rowerzystę, ze złamaną rzepką, podejrzeniem commotio. Najśmieszniejsze jest to, że koleżanka w drodze do pracy spotkała pana, jak jeszcze był cały:D Hehe, pan dosyć charakterystyczny - puszysta broda, prawie do pasa;)

Nasz oddział ma obsługiwać kibiców na Euro. Niedawno ukazał się w wyborczej artykuł pt. "Oddział wstydu". Autor artykułu, mając na myśli nasz oddział - opisywał fatalne warunki w nim panujące - obdrapane ściany, tragiczne łazienki itp. Przytaczany były nasz  pacjent ubolewał nad tą kwestią, zaznaczając jednocześnie, że opieka była wspaniała;D No i się zaczęło. Pani dyrektor umyła ręce, mówiąc, że nie udało się pozyskać funduszy na remont z żadnych źródeł, że potrzebny jest gruntowny remont i nie ma sensu "zamalowanie" problemu. I po raz kolejny zaprzeczyła sama sobie bo 2 dni po publikacji artykułu zaczął się jakiś pseudo remoncik, polegający na malowaniu właśnie! Sala po sali, pitu pitu, cholera jasna. Nic to, że brak jakiejkolwiek przestrzeni, żeby wyjechać łóżkiem z pacjentem, że w łazienkach i tak grzyb przejdzie farbę, że kompletnym absurdem jest zakrywanie po wierzchu całego syyfu, gdzie powinno się zamknąć część oddziału i zrobić to porządnie! Po cholerę - marnowanie czasu i jakichś tam pieniędzy.



Tym pesymistycznym akcentem kończę na dziś i zabieram się za zrobienie pysznych kanapek z mozzarellą i rukolą:D

Pozdrawiam!



czwartek, 12 kwietnia 2012

Poświątecznie:)Krwawo i wiosennie:D

Cześć!,

mam nadzieję, że po świętowaniu w naszym, polskim stylu nie jesteście grubsi i "chorsi"/:D. Pogoda w niedzielę raczej nie spacerowa była - u mnie śnieg, więc sprzyjało to owemu świętowaniu. Na szczęście zakończyłam ucztę ok. 15 bo wtedy wyruszyłam na dyżur nocny. Pewnie zdziwicie się, że tak wcześnie jednakże owego dnia komunikacja publiczna - autobusowa nie działa i musiałam pojechać nijako na około:D. Nie chciałam fatygować ojca, brata, ciotki a sama bałam się brać od ojca samochód bo jest duży i się nie mieszczę :p


Zanim o perypetiach iście szpitalnych powiem, że dosyć duchowo udało mi się przeżyć Triduum. W czwartek przepiękna Eucharystia, w święto kapłanów. Wiernych zebrało się caaałe mnóstwo, życzenia, podziękowania dla księży=cudnie. Piątek spędziłam w pracy, więc raczej bez uniesień;) za to w sobotę Wielką, będąc już w mojej ukochanej wsi, Święconka. Zauważyłam taką prawidłowość, że wielu ludzi pojawia się z dziećmi na święceniu pokarmów ale w zwykłą niedzielę darmo ich wypatrywać na Mszy. Słabe to i bez sensu. Nie lubię pozerów, bylejakości.
Wieczorem, na 20 Msza Św. Wigilii Paschalnej, już w radosnej odsłonie po 40 dniowym poście, po raz kolejny "poleciałam." Wypełniła mnie taka radość z obecności w Kościele, z możliwości bycia tam wtedy, że tej energii starczy mi na długo. Przepiękna jest ta Liturgia, poświęcenie ognia, wody, orędzie wielkanocne, czytania. Nic to, że stałam przez 2 godziny, i nogi wrastały mi w d...;P Jak wróciłam pozwoliłam sobie wypić piwko!Mmmm, przepyszne było, wyczekane i zimne:) A rano, na 6, z powrotem do Kościoła:D, hehe.



Jak dojechałam w końcu do miasta, strasznie bolało mnie gardło. Mając zapas czasu odwiedziłam aptekę, a potem co nie co i.v. podała mi koleżanka.
W oddziale, hmm. 26 panów było. My dwie.  Dwóch panów przyjęto "na dniu".

I - niedrożność zrostowa, z cechami wznowy neo, po o. Milesa (http://pl.wikipedia.org/wiki/Operacja_Milesa). Pan dość sędziwy, do tego ociemniały, po udarze. Tachykardia, hipotonia, pompa z dopaminą, zaburzenia świadomości. Świątecznie jak cholera, nie ma co....Szkoda tylko, że oprócz niego jeszcze 25 na oddziale;P

II - 83 lata, marynarz, kamica pęcherzyka. Pan chodzący, uśmiechnięty, gadatliwy, dowcipny. Generalnie bezproblemowy. Dostał leki godzinowe i miał spać....Ok. 23 sąsiad z sali przybiegł, że coś się z panem dzieje. Miał bardzo silne dreszcze, jak przy narastaniu gorączki i to się nam nasunęło. 37,5 - spoko, pewnie jeszcze rośnie.
Za chwilę już 38, pan robi się co raz bardziej nie spokojny i tak jakby zaczyna sinieć.
Lekarz, RR, duszność...i nagle pan pada na łóżku bez ducha!
Zatrzymał się!!!Ku...!
Reanimacja, anestezjolog, ekg.
 Cholera, pierwszy raz byłam bezpośrednio przy pacjencie w momencie ustania pracy serca. Zazwyczaj, wśród naszych pacjentów, jeśli już dochodzi do reanimacji to jest ona poprzedzona stopniowym pogarszaniem się stanu ogólnego, chociaż może nie, źle się wyraziłam. Po prostu, ktoś jest po zabiegu, albo bardzo skrwawiony i można się nijako "spodziewać", że coś może się dziać złego.
A ten gość!? W sumie to nagła śmierć sercowa następuje nagle właśnie...OZW, nieleczony czy  w porę nie rozpoznany też prowadzi w jedną stronę.
I tak reanimowaliśmy pana, dobre pół godziny, AED nawet użyty został... w sumie skutecznie, bo trafił pan na OIOM, żyje jeszcze ale rokowania nie są dobre...Na naszym oddziale reanimacje na szczęście nie zdarzają się często. W mojej karierze (3,5 letniej) może 4, 5....ale 2 ze skutkiem +. Jaka masakra - chcemy intubować - nie ma łyżek od laryngoskopu! Poprzedniego dnia też była akcja i ze sterylizacji nie wróciła jeszcze. Luuudzie! Myślałam, że j..ę w ten wózek reanimacyjny, skoro i tak żadnego pożytku z niego nie ma. Poleciała koleżanka na sąsiedni oddział i dorwała łychę. Wraca, okazuje się, że nie pasuje do naszej rękojeści! Znowu przebieżka i co się okazuje? Baterie do d...na szczęście miałyśmy pod ręką inne i poszło już. Wszystko to trwało może 2-3min, ale jak ważny jest czas podczas reanimacji chyba wiadomo.


Po całej akcji, normalnie zasypiałam na stojąco, a tu trzeba było dalej działać.  Przyjęłyśmy pana, jakiś drobny pijaczek, którego podczas świątecznej libacji córcia pobiła, łamiąc 3 żebra i powodując odmę...taka miłość właśnie:P I to moje gardło, sama miałam T 38 prawie więc słabo. Nadmiar pracy nie pozwalał  mi się nad sobą rozczulać....



A dzisiaj, a dzisiaj byłam specjalistką od przetaczania KKCz i FFP. W sumie przetoczyłam 8szt. tych preparatów. Już nie raz pisałam jak odpowiedzialne i pracochłonne to zadanie. Okazało się, że koleżanki które były ze mną na dyżurze mają nieaktualne szkolenie, tj. przeterminowane. Musimy je odnawiać co 4 lata. Moje jeszcze nie zdążyło się przedawnić;D  Btw. 2 KKCz i 2 FFP trafiło do pana, który przedawkował warfarynę, INR 11,3! 

Tyle tego na dzisiaj, jutro kolejna walka nocna;) Oczywiście walczyć będę ze złymi chorobami, przypadłościami a nie z pacjentami;)
Miłego wieczoru!


Czy znacie już Dawida Podsiadło? Kocham go nawet;)
http://xfactor.tvn.pl/wideo/427,1,dla-dawida-tatiana-proponuje-royal-albert-hall,116335.html

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Depresyjnie jakoś...chyba ciśnienie;/

Cześć wszystkim,

na początek piękna piosenka, piękna Dziewczynka: 




Jestem po dziennym dyżurze. Weekend minął mi dość intensywnie, na kursie EKG. Najgorzej było w sobotę bo po nocnym dyżurze w pt, pojechałam prosto na kurs. Zaliczyłam śniadanie z Mc’u i od 9 do 13.30 uczyłam się, a może raczej siedziałam jak zombie i robiłam "notatki". Ledwo żywa i półprzytomna. Nie wiem jak wytrzymywałam to przez 2 lata, studiując dziennie i pracując;) Młodsza byłam, miałam więcej zapału i chęci. Niby teraz też mi  tego nie brakuje ale się odzwyczaiłam od nie spania po nocy. 
W niedzielę, już bardziej wypoczęta również byłam na kursie. Po nim ładnie poszłam na Eucharystię, niedziela palmowa, początek Wielkiego Tygodnia – pięknie i kolorowo było. Ostatni tydzień postu, czas wytężonej refleksji, w mniejszym lub większym stopniu zamierzam się „zawiesić” przed Triduum.  


Nie może tu dzisiaj zabraknąć wspomnienia o Karole Wojtyle. Dzisiaj 7 już rocznica jego śmierci. Pamiętam tę sobotę, rok w którym przystępowałam do matury. Z rana byłam na korepetycjach z chemii, wieczorem uczyłam się tam czegoś i dotarła do mnie ta wiadomość. Z perspektywy mojej wiary w sumie nie straszna, wierzę przecież, że "wrócił do domu ojca" ale tęsknota i żywy autorytet, który był wśród nas odszedł... Wspominanie go i jego słów, (które były wcielaniem w życie Pisma Świętego), wypełnianie ich, przychodzi wielu ludziom o wiele trudniej niż wtedy gdy był tutaj fizycznie. Jego zdolność do porywania tłumów nie powtórzy się pewnie, umiejętność dialogu też. Uświadomienie sobie tego, co napisałam w nawiasie zmieniłoby postępowanie wielu "katolików", bez względu na osobę Jana Pawła II.

Wczoraj moja ukochana Trójka świętowała 50 - lecie istnienia. Imprez sporo, a najlepszą dla mnie niespodzianką było zobaczenie w wieczornym wydaniu "Wiadomości" pana Marka Niedźwiekiego jako współprowadzącego oraz Helen! Kto słucha lp3, wie kim jest owa Helen i zrozumie moją radość;D


Ten tydzień w szpitalu zaczął się dość mocno. Już na raporcie dowiedziałam się, że pacjentów sporo, z czego znaczna część leżący, wymagający wzmożonej opieki i pielęgnacji. Stanowi to nie mały problem bo jest nas stanowczo za mało. Do tego - 2 koleżanki na zwolnieniach lekarskich i słabo z obstawieniem świąt… Na szczęście będą to moje 4 czy 5 święta więc obstawiam noc w niedzielę.  

Do zabiegu na dzisiaj przewidziano pacjenta z amputacją udową, zwieźliśmy go ładnie na blok, INR ponad 3 (lol), i z powrotem na górę. Noga śmierdzi na pół oddziału, zanim pana ustabilizują współpacjenci na sali zejdą na skutek zaczadzenia. Btw śmierdzi na naszym oddziale, jak porównała koleżanka - jak w kurniku! Mimo, że pochodzę ze wsi, nie mieliśmy ptactwa w zagrodzie, ani żadnego innego bydła;p, więc nie wiem czy to ten rodzaj zapachu. Coś jest na rzeczy i ewidentnie śmierdzi, momentami wręcz j…e! 

Wczoraj przyjęli pacjenta do obserwacji bólów brzucha. Przeszłość nowotworowa, 55 lat… kontakt  logiczny trudny, wczorajsi dyżurni jakoś zaniechali pana. Jak się dzisiaj za niego zabraliśmy, to zatrzymał się w pracowni TK. Reanimacja nie odniosła skutku. Zgon 12.10.  

Na jutro rozpisano 5 zabiegów, sporo jak na nasze możliwości. Mam jutro N, więc będzie się działo. Po stresie operacyjnym różne rzeczy mogą się wydarzyć. Jesteśmy we dwie na dyżurze, pacjentów ponad 30;/

Od ponad miesiąca nie byłam w domu,  tęsknię jednak.  Do rodziców, do przestrzeni dużego domu, do podwórka, ciszy wokół, widoku lasu za oknem… teraz podobno biało się zrobiło, bardziej zimowo niż wiosennie. Liczę, że do piątku będzie pięknie:) W pt wieczorem, po dziennym dyżurze, w dniu urodzin mojego taty, w Wielki Piątek zawitam do domu:) Już nie mogę się doczekać!
 Pokupowałam już trochę słodyczy do paczek świątecznych, którymi się obdarowujemy… wczorajszy głód czekoladowy okazał się silniejszy ode mnie i pojadłam sobie co nieco.:P  Co do alko, 3mam się dzielnie- mimo flachy, którą jakieś 3 tygodnie temu dostałam od pacjenta, a która chłodzi się w lodówce, mimo wina, które stoi w barku :D 


Tyle na dzisiaj, dobranoc!
Pozdrawiam!

P.S. Tytuł posta wziął się z modnego zwalania wszystkiego na pogodę i warunki atmosferyczne. Mnie też się udzieliło, chyba lepsza pogoda niż analizowanie swojej głębi, na którą nie mam odwagi.